Siedź, gdzie siedzisz. Takiego! Żeby mu tu zeszła na zapalenie płuc! Ona wie, doskonale wie, że Raphael tylko udaje takiego miluśkiego i po prostu chce się jej pozbyć, żądny krwi, morderca jeden, perwers, dewiant nieboski, chroń nas Opatrzności...
Na granicy pola widzenia zamigotał zarys skrzydlatej postaci. Jej anioł stróż, czarny niczym hematyt z lekkim połyskiem, w wyleniałej aureoli i wytartej szacie. Towarzysz już od ładnych paru lat, niespecjalnie wszechmocny, ale wierny i cierpliwy. I jednocześnie jej najlepszy przyjaciel, jedyny, którego nauczyła się rozumieć, a nie tylko bezmyślnie słuchać. Chociaż nadal pojawiał się, kiedy chciał.
(Tylko cicho, malutka. Idź za nimi.)
No to poszła. Przecież nie mógł jej życzyć źle, prawda?
Poza tym nieswojo tu tak samej, w lesie. Nie chciała zostać bez opieki, wyposażona wyłącznie w chude nogi i silną wolę przeżycia. Ruszyła za nimi, jednak nie od razu. (Poczekaj, a potem nie patrz, maleńka. Nie wytrzymasz tego, cokolwiek to jest. Będzie się działo, powiedział. Ostrzegał. Posłuchaj.)
Huku nie rozpoznała. Potruchtała w stronę, z której się rozległ dopiero wtedy, gdy do końca ucichł. Bo to ta sama strona, w którą poszli jej opiekun z tym takim. Chyba.
Ostatnio zmieniony przez Maua 2009-02-26, 20:44, w całości zmieniany 2 razy
*Ściągnął brwi mocno, gdy zauważył że strzał, do którego tak się przykładał, oderwał tylko głowę owemu osobnikowi w którego celował, a "popis" Wertera wcale mu nastroju nie poprawił, a wręcz przeciwnie*
Nie dość, jego mać, żem spudłował, i to perfidnie, to jeszcze szczeniak nawet nie próbuje słuchać, co sie do niego mówi, a na domiar wszystkiego, nowe, jego mać buty mi musiał oczywiście uwalać, jakąś, cholera nagła, posoką z nie-wiadomo-jakiego trupa. Na siedem piekieł, ja ci przyrzekam, młodziku, że jeśli cię na żywca nie poskładam w kostkę, zapakuje do działa i wyślę cię do Anglii szybciej niż kula armatnia, to możesz się uważać za szczęśliwca. I przestań mi tu o nich czy nie nich prawić i oszczędź mi faktów oczywistych. Ażebym jeszcze nie zapomniał, to twojej pracy brakuje wyraźnie elegancjii i Walter się o tym z pierwszej ręki dowie, a i tak będziesz czyścił mi ubranie. I jak cię błagam, młodziku, na wszystkie skarby świata, nie ciepaj oderwanymi kończynami w moją stronę. A całkiem poważnie mówiąc, szukaj, i każdego jednego z tych twoich, psia jucha, NICH, wyślij do piekieł szukającego swoich kończyn.
*Odwrócił się na pięcie i powoli poszedł w stronę Alany. Mała czasem bała się strzałów, szczególnie z armaty jaką był jego muszkiet a i oszczędzić jej chciał widoków zmasakrowanych ciał. Dzieckiem w końcu była i nie wypadało coby coś złego na jej małym rozumku siadło. Stanął przed nią i usiadł obok niej, tak jak stał opierając muszkiet o drzewo, niczym na pikniku jakim, nie zważając nawet na jatkę, jaka odbywała się w tej chwili. Pogłaskał małą po czuprynie, podając jej miętowca, jakie zwykle w płaszczu nosił*
Czy ja żem cię nie prosił, abyś na statku została, mała rozróbo? *uśmiechnął się do dziewczynki szeroko, niczym ojciec który nie ma zamiaru karcić swego dziecka* I co ja mam z tobą teraz zrobić, co? Do miasta na razie nie pójdziemy, prawda? Źli ludzie tam są i dopóki Werter z nimi sobie nie poradzi, musimy chwilę to posiedzieć. I ty mi powiedz, gdzieś ty znowu tyle siniaków nazbierała? Jak do domu wrócimy to od Ilii trochę pieniędzy wezmę i pójdziemy kupić ci coś ładnego, dobrze?...
(Gdzie indziej ale w tym samym czasie)
*Wyszedł z cienia, tuż przy karczmie, i powolnym krokiem ruszył w stronę truchła, które kilka sekund wcześniej ustrzelił. Wyglądał jak sam diabeł, z muszkietem na ramieniu i rozpiętym płaszczem. Czerwona kryza wyglądała niczym krew z poderżniętego gardła, a oczy świeciły mu się drapieżnie, błyszcząc światłem mieściny. Szedł cicho. Nawet stukotu jego okutych butów nie było słychać przez grzmoty i głuche jęki, jakie dochodziły z uliczek, a które tylko on mógł usłyszeć. Bez większego wysiłku "podkradł" się do klęczącego przy trupie osobnika, Wyszczerzył się drapieznie, ledwo powstrzymując napad śmiechu. Odziany w czerń osobnik był tak żałośnie nieostrożny, że żal było na niego czego innego niż kamienia, co pod nogami leżał. Ale w ostateczności D'Averosa opanował się, i ruchem tak szybkim, że ledwie mogło go uchwycić ludzkie oko uniósł muszkiet i przyłożył go do potylicy nieostrożnego głupca. Głos jego brzmiał niczym z najgłębszej jaskini, a mocny był i głośny tak, że nawet gromy go nie miały prawa zagłuszyć*
Siedem jest piekieł i siedem jest bram do niego, siedem jest strażników przy siódmej bramie a w liczbie siedem milionów, czterysta pięć tysięcy dziewięćset dwiadzieścia sześć diabelstwa sztuk piekielne łąki zamieszkuje. Jednego z nich wołałeś, przyjacielu, więc pytam cię tu, czegóż sobie życzysz?
Zagryzłem zęby, krzywiąc się. Zaraz jednak wymusiłem na swej twarzy spokojny wyraz i tak oto odrzekłem:
- Jam niczego nie wywoływał. Bardziej mnie jednak zastanawia od kiedy to komuś, kogo mieni się swym przyjacielem, broń się do głowy przystawia? - zapytałem, wstając powolnym, płynnym ruchem coby nie poirytować napastnika. Ułożyłem ręce tak, by od tyłu to wyglądało jakbym utrzymywał ciaśniej płaszcz, żeby na wietrze mu nie powiewał, jednak w rzeczywistości trzymałem za rękojeści swych długich sztyletów w razie ewentualności.
- Mniemam, że to twoja sprawka. I pewnie ty wiesz co się tu dzieje. Więc mi wytłumacz, nim zrobisz ze mną to samo, co z nim - zaśmiał się po cichu. Nieco rozbawił mnie fakt, że łowca żyć, czy jak mógłbym się mienić, z wieloletnim doświadczeniem nagle balansuje na krawędzi życia i śmierci. Ja nie byle kto i pamiętałem o tym dobrze. Więc kim musiał być ten, który bełkotał właśnie jakieś bzdury w moim kierunku?
_________________ War is my master, Death is my mistress.
Angus wpadłeś do głównej sieni, schodząc trzymałeś się jedną dłonią poręczy od schodów. W izbie trochę się przerzedziło. Właściciel chrząkał i krzyczał stojąc przy blacie baru. Jegomość obok niego wyglądał na wykidajłę i patrząc na niego lekko zażenowany nie wiedział co ma odpowiedzieć. Usłyszałeś z tych wrzasków tylko końcową kwestię.
to wyjdź i ich stąd wyrzuć! Za co dostajesz ode mnie monety?
Oprócz nich w sienie było tylko kilku oprychów, marynarzy i dwie postaci w jakiś podejrzanych czarnych płaszczach. Podobne z wyglądu do tej która dała ci pieniądze.
Kiedy rzuciłeś:
- Widzieliście?!
Uwaga ludzi z karczmy skierowała się na ciebie. Zacząłeś opowiadać to co widziałeś za oknem, kilku machnęło dłonią myśląc że to tylko jakieś głupoty powiedziane przez starego pijaka, lub kompletnie się tym nie interesując.
Jednak kilku marynarzy chyba ci uwierzyło bo wstali od swoich stołów i wyszli na zewnątrz. Właściciel o dziwo nie zwrócił na nich uwagi, choć z pewnością nie zapłacili za wikt i opierunek. Za nimi wyszedł wykidajło ale spod przymykających się drzwi zauważyłeś że ruszył w przeciwną stronę. Nerwowe spojrzenia jego poprzedniego rozmówcy na jego wyjście wydały ci się podejrzane.
Wiatr dął niemiłosiernie. Znowu, jakby oczekując kolejnego rozwoju akcji. Valdred stałeś na przeciwko tej dziwnej dla ciebie postaci. Nie mogłeś myśleć zbyt trzeźwo, z przystawionym TYM przedmiotem do głowy. Przypominało muszkiet, jednak nie znałeś się za bardzo na współczesnej broni. Gość wyglądał (zajrzyj sobie do opisu), staliście przez chwile w ciszy po tym jak zadałeś swoje pytania. Kątem oka zauważyłeś że z rynku widać dym. Z daleka za sobą słyszałeś także jakiś gwar, jakby rozmów.
Na dźwięk imienia Walter, Werter lekko się wzdrygnął. Ściągając jedna z rękawic, powoli przygotowywał swój sprzęt do ponownego użycia. Nie odezwał się słowem, a gdy zniknąłeś w ciemnościach, ten wsiadając na swojego rumaka krzyknął:
Sir! Jak go odnajdę, dam umówiony znak i będę zmierzał do statku bo wykonaniu zadania!
Gdy pojawiłeś się koło postaci, ta nie wydawała się jakoś przerażona całym zajściem. Spoglądanie na nią nie było z pewnością przyjemnym widokiem... choć tobie to nie przeszkadzało. Cała była uwalona krwią , i czułeś od niej przeraźliwy smród, a może był to smród truchła obok? Rozmawialiście, a ty zauważyłeś ,że zbliżała się do was jakaś grupka ludzi. Wyglądali na marynarzy, ale byli jeszcze daleko od was. Tamten chyba też coś przeczuwał. Zauważyłeś też że zwrócił uwagę, na dym dochodzący z rynku.
Alana dreptałaś kawałek za nimi, droga do miasta wydawała się straszna o tej porze. Jak się postarałaś potrafiłaś stąd zobaczyć nawet już pierwsze zabudowania miasta. Gdy zobaczyłaś znajomą ci postać przystanęłaś na chwilę.
Isaac
.. - Mam, przeca jestem skromnym sługą bożym...
Pater noster, qui es in caelis, sanctificetur Nomen Tuum...
Płomienie szalały do o koła. Ciszę przerywała tylko twoja modlitwa, Ogień był już coraz bliżej was. Powoli czułeś jego ciepło na swojej skórze. A może to było ciepło już czegoś innego? Gdy postać nagle spojrzała się w górę, spod jej okularów zauważyłeś niebieskie oczy, w których odbijał się płomień zmieniając ich kolor na czerwony. Krwisto czerwony. Iskierki zaczynały powoli skakać po twoim płaszczu, usłyszałeś nagły trzask. I spod sufitu spadł kawałek belki. Postać cofnęła dłoń trzymając pistolet nim ta spadła na ziemię i przedzieliła was , niczym częstokół ludzi od sfory wilków. Mały włos a spadła by ci na nogę, wtedy usłyszałeś wrzask z dołu.
Heinkel!
Postać zwróciła głowę w stronę zejścia na dół, nastąpiła dwa kroki i przed samymi schodami odwróciła się do znowu do ciebie i spomiędzy ognia buchającego z belki widziałeś jej rysy powiedziała:
Dzwony bijące na alarm obudziły białą armię, ponieważ ciemne chmury przykryły kraj i zmieniły kolor światła słonecznego w głęboką czerń.
I Zniknęła w czerni, lub czerwieni bo tylko taki kolor miałeś przed oczami. Czas było uciekać! Powoli zajmował ci się płaszcz.
- Hej kapitanie! Cóż to? Bunt na pokładzie? - zagadnął szynkarza Angus, wskazując ruchem głowy za wykidajłom. Zdawało się, że na chwilę zapomniał, po co naprawdę tu przyszedł, ale drobnymi kroczkami zbliżał się do wyjścia, chcąc lepiej przyjrzeć się niecodziennej scenie, którą oglądał nieco wcześniej. Jednocześnie rozglądał się energicznie po pomieszczeniu, wierząc, że znajdzie tam wytłumaczenie dla dziwnego zachowania właściciela tego przybytku. Tak naprawdę nie chciał się w nic mieszać: ani strzelaninę na zewnątrz, ani konflikt ze szwajcarem. To nie był dobry moment na głupią śmierć lub kalectwo... jeśli Angus mógł się jeszcze tego obawiać tego drugiego. Staruszek niecierpliwie czekał na jakąś reakcję marynarzy za drzwiami, chcąc dowiedzieć się więcej, nie wychodząc z karczmy.
_________________ I am the Master of Puppets! Who do you think the Puppets are?
Starałem szybko otrząsnąć się ze wspomnieć niedawnego zdarzenia, zarzuciłem na plecy tobół, który miałem przygotwany licząc na szybkie rozwiązanie problemu ze statkiem jeszcze dnia następnego, koc z posłania zamoczyłem w miednicy z wodą i starałem się nim szczelnie obwinąć. Pod połami płaszcza skryłem dziennik i pistolet... Nie miałem więcej czasu na namysł, dobierając bezpieczną drogę starałem się opuścić gospodę rozglądając się wokół...
*Zarechotał bezczelnie pod nosem, szczerząc białe zęby szeroko* Masz ty chłopczyku jaja, żeby do kogoś, co muszkiet ci pod łbem trzyma, mówić takim tonem i takie słowa jak ty... *Nawet mrugnąć owy "zabójca" nie miał prawa, gdy D'Averosa złapał go za gardziel jedną ręką i podniósł na ponad metr do góry, bo wysoki chłop był na tyle, a i siły do czegoś takiego użyć nie musiał więcej niż zwykle*
Wyjaśnijmy sobie jedną, esencjonalną rzecz, niewyuczony kmiocie. Nigdy z tobą gorzały żem nie wypił, więc albo okaż należyty szacunek, albo skończysz gorzej niż ten tutaj, a wierz mi, że będziesz mnie błagał żebym cię po prostu rozsmarował na piachu. Ja zadaje pytania tutaj, zrozumiano?
*Rzucił mężczyzną o najbliższą ścianę, niczym starą szmatą, a tak, żeby poczuł i to mocno, a wszelkiej "walki" odechciało mu się na dobre.*
Nie przypominam sobie, żebym pozwolił ci wstać, chłopczyku. Pierwszą rzeczą, zastanawia mnie, czemuś w czarne szmaty ubrany, bom gotów pomyśleć, żeś z tego samego miotu, co to ścierwo, co leży bez łba. Drugą rzeczą, kim żeś jest ty, żeby mnie o informacje wypytywać, zważając na twoją sytuację obecną? A, i trzecią, błagaj bogów, żebym nie przypomniał sobie, że swego czasu szukałem śmiecia, wyglądem tobie odpowiadającym, co w sprawę morderstwa jakiegoś podrzutka kościelnego był zamieszany... Mówi ci to coś?
*Wymierzył muszkiet prosto w leżącego, gotów za jedną złą odpowiedź posłać "zabójcę" do krainy wiecznych łowów. szczególnie tam, gdzie on sam będzie myśliwym*
- Podrzutek kościelny? - wymruczałem siedząc pod ścianą niezadowolony widocznie z obrotu sytuacji - To nie moja działka - odparłem przyciszonym głosem, starając się uspokoić. Ten człowiek był... Był... Zadziwiający. O ile w ogóle był to człowiek. Strach, wściekłość, bezsilność, obrzydzenie, nudności i ból. To wszystko składało się na moje nędzne samopoczucie. Miałem dwie opcje... Skłamać - w tym wypadku albo źle i skończyć jako trup, albo dobrze i przeżyć. Mogłem też powiedzieć prawdę i albo skończyć źle, albo przeżyć. Z tym, że kłamstwo jeszcze może zostać przejrzane.
- Jestem tym, kim spodziewają się, żebym był i param się tym, do czego mnie wyszkolono. Z początku wbrew mej woli, a potem tylko dlatego, bo to dla mnie już jedyna opcja. Zabijałem w Anglii dla kościoła angilkańskiego. Tu nie. Odpowiedziałem już na wszystkie trzy pytania - podniósł wzrok, mrużąc oczy i rozmasowując gardło. Jak bardzo nienawidził takich sytuacji, jak bardzo wyprowadzały go one z równowagi!
_________________ War is my master, Death is my mistress.
*Wyszczerzył zęby jeszcze szerzej, rechotając wesoło pod nosem. Uwielbiał chwile, gdy wielcy, twardzi i nie-wiadomo-jak opanowani woje zmieniają się w usłużnych i uprzejmych ludzi, skorych do rozmowy. Szkoda tylko, że zwykle musiał połamać komuś wiele kości, by mógł taką przemianę zobaczyć. Opuścił muszkiet i zarzucił go na plecy*
No, i to mi się podoba... *Przez chwilę brzmiał nawet przyjaźne. Ale tylko przez chwilę.* Przestań mi tu do cholery prawić jak nie wiadomo kto. Dobrze wiem żeś protestanckiego biskupa uśmiercił i nawet nie zaprzeczaj, o ile nie chcesz stracić języka za kłamstwo. Może będziesz mnie próbował przekonać że tym bardziej to nie twoja działka, chłopczyku? W końcu sam żem się tą sprawą zajmował i wierz mi, że gdybym inne sprawy załatwił wcześniej, co niezbyt mi się udało, to dwa lata temu jeden z kościołów musiałby zatrudnić murarza, by zdrapać twoje resztki z fasady. Ale mam dla ciebie propozycję, młodziku. I wątpię, byś odmówił, bo widzę, żeś człowiek rozsądny, co rozumie że bez głowy na karku daleko uciec nie można. Idziesz ze mną, robisz co ci powiem, i nie sprawiasz problemów, a ja zapominam o incydencie z panem biskupem, albo kończysz jak tamto truchło. Co powiesz?
Angus spoglądałeś na cała sytuację. Marynarze zniknęli za drzwiami, Wykidajło także. Podszedłeś kilka metrów do właściciela.
- Hej kapitanie! Cóż to? Bunt na pokładzie?
Ten na dźwięk twoich słów upuścił kufel który polerował. Leciał on chwilę w powietrzu, i roztrzaskał się o podłogę. Ten wyraźnie zdenerwowany spojrzał na ciebie.
Bunt? Trudno nazwać to buntem, nad tym miastem wisiała plaga od początku jego istnienia...
Jego słowa przerwał strzał. Coś musiało się dziać na zewnątrz. Ludzie zaczęli rozglądać się, i zastanawiać co się może dziać. Czterech oprychów których jeszcze zostało wstała i wybiegła na zewnątrz. Dwie postaci ubrane na czarno nawet nie drgnęły. Tylko zaczęły pomrukiwać coś między sobą, patrząc raz to w stronę drzwi raz na was. Widzisz ,że właściciel zaczął szukać czegoś pod ladą...
Valdred gdy postać chwyciła cię za gardło, poczułeś ogromny ból. Jej słowa brzmiały strasznie, jak z jakiejś głębokiej studni. Wiesz ,że gdyby nie twoje dotychczasowe doświadczenie z pewnością już byś nie żył. Poczułeś ruch i wylądowałeś kilka metrów dalej, uderzyłeś o drewnianą ścianę przed którą wcześniej stałeś. Poczułeś ogromny ból w klatce piersiowej. Choć obiłeś się plecami był to chyba skutek uderzenia. Albo jeszcze działała adrenalina ale nie czułeś abyś miał złamane żebra. Jednak obite plecy to nic przyjemnego. Wiatr się tym bardziej zmagał. Czułeś w nozdrzach dym, którego było coraz więcej patrząc w niebo. Rozmawialiście jeszcze chwilę, gdy usłyszałeś ,że głosy które wcześniej słyszałeś wzmogły się, ktoś krzyknął
Patrza! Ten marynarz miał rację! Kto tu jest?!
Ta noc była ciemna, taka jak lubisz. Wasza rozmowa przedłużała się. Zauważyłeś że dym robił się coraz większy. Po południowej stronie miasta i od strony wejścia, musiało chyba coś płonąć. Werter miał chyba rację, czyżby ktoś wykonał za was zadanie? Aury nakładały się na siebie, więc czułeś ,że konfrontacja między nimi jest nieunikniona. Wtem usłyszałeś głosy które się zbliżyły. Była to czwórka mężczyzn, wyglądających na marynarzy. Byli jakieś już kilka metrów od was i usłyszałeś:
Patrza! Ten marynarz miał rację! Kto tu jest?!
Wtem na niebie dym rozmyła czerwona flara, umówiony znak od Wertera. Mogłeś przypuszczać ,że wykonał ,,pracę''.
Isaac wpadłeś do swojej izby, tobołek podniosłeś sprawnie szczęście ,że miałeś go przygotowanego wcześniej. Dymu było już pełno i ledwo co widziałeś, zgarnąłeś tylko szybko koc zmoczyłeś go owinąłeś się nim. I skoczyłeś w ogień na zewnątrz izby. Nie czułeś już strachu, dookoła wszystko płonęło, wpadłeś na schody omijając płomienie które co uderzały w ciebie. Gdyby nie mokry koc z pewnością byś się zapalił. Dławiłeś się dymem, oczy łzawiły ci strasznie. Spadłeś prawie ze schodów ,dałeś dwa susy przez parter. Drzwi nie było , były tylko płomienie. Wyskoczyłeś przez nie patrząc co jest za nimi. Wylądowałeś w błocie, zimnym mokrym błocie. Podniosłeś, leżąc na ziemi swoje łzawiące oczy. Budynki przed tobą także płonęły. Jednym okiem na które byłeś wstanie widzieć zauważyłeś scenę przed sobą. Dwie postaci, jedna ubrana na czarno trzymała ręce jakby chciała się zasłonić, druga zamierzała się na nią mieczem. Dziwnym mieczem, był trochę zakrzywiony. Postać trzymała go dwiema dłońmi, jej czarne włosy powiewały na wietrze pomiędzy pyłem dymem. Jeden jej ruch i miecz przeciął drugą postać w pół. Gdy góra odpadła od tułowia zauważyłeś tylko fontannę krwi. Postać trzymała miecz w jednej dłoni, nie widziałeś jej twarzy ale chyba gościł na niej uśmiech. Czarny materiał który miała na sobie powiewał na wietrze odsłaniając jej nogi, i ramiona.
- zabijałem różnych ludzi i nie wolno mi było się zbytnio interesować, więc nie mogę opowiedzieć o wszystkich swoich ofiarach - rozłożyłem bezradnie ramiona i powolnym ruchem zacząłem wstawać z ziemi - Jeśli jeszcze powiesz, że popłyniemy do Anglii, to będę więcej niż szczęśliwy, przyłączając się do ciebie. Mam dość tego miejsca. Powiedz mi tylko co zrobisz z nimi? - rzuciłem przyciszonym tonem w stronę nieznajomego i ruchem głowy wskazałem w kierunku nadchodzących marynarzy.
- Nie powinni nas chyba tu zobaczyć - poprawiłem kaptur, żeby marynarze nie mogli w razie czego mnie dostrzec.
- Zawsze mogę udawać twoją kolejną ofiarę - szepnąłem jeszcze - Bo w zasadzie tym jestem póki co - po tych słowach jednak uśmiechnąłem się uprzejmie, na wszelki wypadek, żeby źle nie zrozumiał mych słów. Póki co nie było mi to potrzebne i sugerując po tym jaką siłą dysponował obcy człek wątpiłem, by grupka marynarzy mogła mnie jakoś wyratować. Chyba, że bym ich wykorzystał jako dywersję.
_________________ War is my master, Death is my mistress.
Szynkarz nieświadomie wyświadczył Angusowi wielką przysługę. Staruszek tylko czekał na okazję do przeprowadzenia dłuższej rozmowy i - co było jej konsekwencją - pozostania w ciepłej sali. Mimo wielkiego zainteresowania psychopatą za oknem, wolał rozprawiać o problemach karczmarza. Zwrócił wzrok na rozbity kufel, w jego oczach można było wyczytać troskę w rodzaju: "Mam nadzieję, że był pusty.".
- Chyba państwem... - odpowiedział półszeptem - Nie inaczej. To najbardziej popieprzony port na wybrzeżu! Od dwóch lat nie można się zaokrętować - nawet na najlichszą łajbę! - tu zrobił krótką przerwę i zaczął łagodniej - Niebieskie Światło - co za kretyn to wymyślił. Powinniście przechrzcić tę wiochę na "Zgaszona Latarnia". Ale domyślam się, że uraczysz mnie inną przyczyną tego sądu, czy nie? Hę? - po kilku chwilach namysłu zapytał jeszcze - Co to za szczury? - wskazując przez plecy na jegomościów w czerni. Nie zniżył nawet głosu. Skończywszy swoją gadkę odwrócił się bokiem do rozmówcy, wsparłszy się o blat lady i przyglądał się sytuacji na zewnątrz. Był też ciekaw reakcji mężczyzn, którzy pozostali tak niewzruszeni na ostatnie wydarzenia.
_________________ I am the Master of Puppets! Who do you think the Puppets are?
*Odwrócił się na pięcie i powoli poszedł w stronę Alany. Mała czasem bała się strzałów, szczególnie z armaty jaką był jego muszkiet a i oszczędzić jej chciał widoków zmasakrowanych ciał. Dzieckiem w końcu była i nie wypadało coby coś złego na jej małym rozumku siadło. Stanął przed nią i usiadł obok niej, tak jak stał opierając muszkiet o drzewo, niczym na pikniku jakim, nie zważając nawet na jatkę, jaka odbywała się w tej chwili. Pogłaskał małą po czuprynie, podając jej miętowca, jakie zwykle w płaszczu nosił*
Czy ja żem cię nie prosił, abyś na statku została, mała rozróbo? *uśmiechnął się do dziewczynki szeroko, niczym ojciec który nie ma zamiaru karcić swego dziecka* I co ja mam z tobą teraz zrobić, co? Do miasta na razie nie pójdziemy, prawda? Źli ludzie tam są i dopóki Werter z nimi sobie nie poradzi, musimy chwilę to posiedzieć. I ty mi powiedz, gdzieś ty znowu tyle siniaków nazbierała? Jak do domu wrócimy to od Ilii trochę pieniędzy wezmę i pójdziemy kupić ci coś ładnego, dobrze?...
(Ćśś, ćśś. Zaufaj mu. Tobie krzywdy nie zrobi, bo nie potrafi, a nie zamierzasz go uczyć.)
Stróż zbliżył się do niej, wymamrotał swoją kwestię do odsłoniętego ucha, jakby bał się, że Raphael może go usłyszeć. Alana pokiwała głową i westchnęła z lekkim rozczarowaniem, kiedy anioł zniknął. Najwyraźniej miał teraz co innego do roboty, gdzie indziej, żeby jej nic się nie stało.
Wierzyła w to.
Przerzuciła wzrok na opiekuna, przez chwilę rozkojarzony, kiedy wokół jego broni zauważyła kwiatki. tak nagle, ni wpiął, ni wypiął, i wylatującego z lufy motylka. Hm, chyba za mało spała tej nocy, bo to zdecydowanie wykraczało poza jej zwyczajne wizje.
Otrząsnęła się i oprzytomniała, odpowiadając z lekkim tylko poślizgiem czasowym.
- No prosiłeś, ale się nudzę, byłam sama... Stęskniłam się i tak dalej... To wyszłam i poszłam Cię szukać. I się udało, dzięki Opatrzności.
Gdyby usłyszał, skąd się dowiedziała, gdzie iść, niechybnie zamknąłby ją w wariatkowie. Tego nie chciała.
- Siniaki mam, jak dwa dni nazad spadłam z murku, kiedy nie udało się zrobić salta. I dopiero teraz zauważasz? Pf! I nie chcę nic ładnego, chcę umieć czytać.
Naburmuszyła się, jak na miniaturkę kobiety przystało. Nielekkie będzie z nią życie, a jak ją dodatkowo d`Averosa rozpuści, to może być pewien, że żaden odpowiedni młodzieniec nie odbierze Alany spod jego skrzydeł.
Dopadając świeżego powietrza poczułem pewien przypływ szczęścia, poniekąd uwolniłem się z objęć śmierci... Jednak krwawy akt nienawiści jaki spotkał mnie na zewnątrz wzmógł we mnie odruch obrzydzenia. - kocham wasza mać. - Szepnąłem zdyszany. - Z deszczu pod rynnę, obesraną rzycią w gówno. - Dopowiedziałem w przypływie poczucia beznadziejności... Wziąłem głęboki oddech, podniosłem się i wycelowałem naładowanym pistoletem w postać, która krwią zabryzgała całą okolicę. - Mów ktoś jest poszarpańcu wynaturzony, albowiem łepetynę ci odstrzelę!
Angus zapytałeś Ale domyślam się, że uraczysz mnie inną przyczyną tego sądu, czy nie? Hę?
Gdy zbliżyłeś się do lady zauważyłeś że karczmarz sięgał po muszkiet który miał schowany pod spodem. Coraz bardziej zdenerwowany odpowiedział na twoje pytanie.
Zagłada wisi nad nami, słyszałeś ten strzał? Pewnie wykidajła którego posłałem już nie żyje, mogę ci o tym powiedzieć bo i tak nie mamy już nic do stracenia. Jak wyjdziesz tymi drzwiami (wskazał drzwi do kuchni które wychodziły z głównej izby) znajdziesz się z drugiej strony tego budynku, uciekaj jeśli ci życie miłe.
I miał chyba rację, Angus zacząłeś czuć dym, nie wiesz skąd dochodził. Postaci widocznie musiały was słyszeć bo przestały szeptać. Odsunęły powoli krzesła i wstały , sięgając dłońmi do pasów.
Gdy zapytałeś - Co to za szczury?
Ten odpowiedział.
Czarni kapłani, Największe przekleństwo tej ziemi! Miał chyba coś dodać ale postaci zaczęły podchodzić do was bliżej i przerwały mu, zauważyłeś wtedy jak wygląda jedna z postaci bo spadł jej kaptur. Rzadkie włosy i ogoloną twarz przecinały blizny, zauważyłeś ,że ręka sięga po nóż przy pasie.
Lecisz szybciej niż światło.Ty jesteś obecny wszędzie. Nie jesteś ani matką ani ojcem. Nie jesteś też królestwem niebiańskim. Lecz bez ciebie jestem nikim na zawsze. Czarne słońce.
Na głos którym jedna z nich przemówiła jakiegoś młodzika z pewnością przeszły by ciarki. Wtem zauważyłeś że właściciel już z obłędem w oczach podniósł broń do góry i krzycząc.
Nie Splamicie mojej protestanckiej wiary gnidy! Nigdy!
I strzelił, postać która przed chwilą przemawiała dostała pociskiem prosto w klatkę odrzuciło ją na kilka metrów i padła martwa obijając i zalewając krwią cała ścianę. Druga sięgnęła po nóż...
Isaac wstałeś z błota jak najszybciej potrafiłeś, czułeś ogromny ból w nogach i plecach, skutki poparzeń. Wyciągnąłeś broń i krzyknąłeś.
Mów ktoś jest poszarpańcu wynaturzony, albowiem łepetynę ci odstrzelę!
I wycelowałeś w miejsce gdzie była postać, ta jednak była szybka nim się zorientowałeś zniknęła w ciemności , pewnie wbiegła w jedną z uliczek. Ale domyśliłeś się ,że chyba cie nie zauważyła. Rozglądałeś się teraz dookoła od strony wejścia do miasta widziałeś tylko płomienie. Większość budynków które można było spotkać od strony lądu płonęła. Budynek w których wynajmowałeś izbę zajął się już zupełnie. Słyszałeś krzyki, które dochodziły z drogi od strony rynku. Tam też powoli zaczynał pojawiać się dym, jedynym widocznym jeszcze miejscem gdzie nie było płomieni było chyba nabrzeże i port.
Alana spacer był dosyć przyjemny, wbrew pozorom. Szłaś w stronę portu, z powrotem drogą którą wcześniej znalazłaś się na górce. Było pusto, nie licząc dwóch napotkanych postaci które przez chwile obserwowałaś z daleka. Jednej z blond włosami, drugiej wyglądającej jak... siostra zakonna nic nie przykuło twojej większej uwagi. Rozmawiały o jakiś dziwnych sprawach których nie rozumiałaś, tym bardziej w języku którego nie rozumiałaś , udało ci się jednak wyłapać kilka słów. Coś o dzwonach i białej armii. Po około pół godziny znalazłaś się w miejscu gdzie wcześniej czekałaś na powrót twoich przyjaciół tuż koło waszego statku.
Valdred ty stałeś i czekałeś w milczeniu na odpowiedź postaci. Marynarze zbliżali się, całe to zamieszanie wydawało ci się dziwne. Jak i zresztą to miasto od początku gdy tu przybyłeś. Rok błąkałeś się po Francji, a tutaj spędziłeś drugi. Nie licząc kilku poznanych dziewek i jednej która miała na imię Helen nie będziesz wspominał tego miejsca jako twoje ulubione.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Nie możesz ściągać załączników na tym forum