Niespełna trzydzieści lat temu u źródeł Dyfne rozegrała się jedna z największych bitew, trwającego od niepamiętnych czasów konfliktu o granice Aerdinu i Kaedwen. Jednym z dowódców nadlikselskiego kraju był młody - wówczas dwudziestoparoletni - kapitan Angus. Jak głosi anegdota, w noc, gdy żołnierze opijali już zwycięstwo, miał udać się na zasłane trupami pole bitwy i dostrzegłszy stada biesiadujących na nieszczęśnikach kruków, wyrzec znamienne zdanie: "To jedyni niepodważalni zwycięscy tej wojny. Tej i każdej innej."
Od tamtej pory niewiele się zmieniło. Za wojną nieodłącznie ciągnie śmierć, głód i bieda. To ponury czas, gdy brat staje do walki przeciw bratu, gdzie moralność znika pod naporem żelaza, a przelana krew jest tylko przepowiednią kolejnego konfliktu. Ale to także czas bohaterów i legend - czymś w końcu trzeba uspokoić wzburzony motłoch i podnieść morale swych żołnierzy. Zwłaszcza w miejscu takim, jak rozciągające się w widłach Likseli i Dyfne pogranicze, gdzie krótkie okresy zawieszenia broni podejmowane są tylko w celu wyparcia z niego resztek nieludzi. A gdy ostatnia wiewiórcza kita zawiśnie - wszystko wraca do normy, do wojny.
Jak mówiłem każda bitwa ma swojego bohatera. Czasem to ostrożnie wybrany przez wyrachowanych sierżantów oficer, czasem wyłania się sam, przykuwając uwagę "szerszej publiczności". Angus Balboa należał na pewno do tych drugich. Choć jego sława trwała krótko zalała całe południe Kaedwen. Przez blisko pół roku nie było dziecka, które nie znałoby jego imienia. Lata jednak mijały i nowe konflikty przynosiły coraz to nowych "herosów". Angus powoli odchodził w zapomnienie i wkrótce tylko mieszkańcy jego rodzinnej wsi potrafili powiedzieć coś dniach jego minionej chwały. Kilka lat temu przeszedł w stan spoczynku. Plotka niesie, że zdziwaczał - wszędzie widział wrogów królestwa i to z tego powodu został odsunięty. Później było już tylko gorzej. Z roku na rok przybywało niepokojących wieści na temat jego osoby. Jego udziałem stały się karczemne bijatyki, rozboje, a nawet gwałty. Dokładnie dwa lata temu pobił do nieprzytomności swoją żonę, która musiała szukać schronienia w klasztorze. Po kilku tygodniach znaleziono ją martwą w celi - powiesiła się. Balboa oszalał kompletnie. Jego służba robiła wszystko, by utrzymać majątek pana w całości. Wtedy sędziwy szlachcic zniknął. Wystarczyło półtora roku, by wszystko poszło w niepamięć.
Ostatnio jednak pod Wołki, bo tak bowiem zwała się mała ojczyzna Angusa, ściągają rzesze zawodowych żołnierzy, najmitów i wolnych strzelców. Ponoć gospodarz niespodziewanie się odnalazł i sypie złotem do kieszeni życzliwych mu ludzi (i nieludzi!).
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Zima tego roku była wyjątkowo mroźna. Nie tylko przyszła prawie miesiąc za wcześnie, ale także skuła lodem krainy nie znające wcześniej śniegu. Utrudniała podróże i zbierała śmiertelne żniwo wśród tych, którzy ją zlekceważyli. Mimo tego wielu śmiałków opuszczało dziś Ard Carraigh. Mordercza podróż na południe miała jeden cel - Wołki. Ponoć pan tych niewielkich włości raczył złotem każdego przybysza ferującego mu swój miecz.
Niewielu decydowało się na samotną wędrówkę. Niektórzy nie mieli jednak wyboru. W takiej sytuacji był zapewne młody, płomiennorudy krasnolud, który stał właśnie pośród kup białego puchu. U jego stóp leżało jeszcze świeże, zwierzęce truchło zalewając śnieg purpurą. Tej scenie przyglądał się skryty w pobliskich, przemarzniętych drzewach cień. Od południa zbliżał się trzeci wędrowiec.
(czekać na privy, wyślę dziś wieczorem)
_________________ I am the Master of Puppets! Who do you think the Puppets are?
Ostatnio zmieniony przez GM 2009-01-07, 16:08, w całości zmieniany 2 razy
- Ech, kolejne zupełnie nieistone zlecenie zaliczone. - Powiedziałem szeptem sam do siebie taszcząc worek z niewielkimi łapkami barbegazi, które przyszło mi unicestwić. - Nieistone, ale dzięki takim duperelom żyje się dłużej. - Zaśmiałem się w duchu przypominając sobie smutną prawdę głoszącą, iż jeszcze żaden wiedźmin nie skończył żywotu śmiercią naturalną. - Zawsze to też parę groszy, będzie na ciepłą strawę, dni zimne nastały... No i będzie więcej do zdziałania i zarobienia, złe warunki wyciągają potwory bliżej ludzkich siedzib... - Dalej rozmyślałem nad codziennością mojego życia. Uwagę od moich przemyśleń odwrócił krasnolud stojący nad ciałem dzikiego zwierza... - Nawet brodatych ta pogoda na szlak wyciągnęła. - Przeszło mi przez myśl... Ale nie jest mi do śmiechu, wiele ostatnio słyszy się o rozbojach nieludzi w okolicy, a ja nie miałem ochoty na wdawanie się w zbędne konflikty. Rozejrzałem się dokładnie wokół, zwracając uwagę na każdy szczegół szukając ewentualnych kamratów krasnoluda, moją czujność przykuł cień czający się wśród zaśnieżonych zarośli. - Witajcie wędrowcze, co sprowadza krasnoluda w tak iście odludne rejony, chyba nie chęć zimowego polowania? - Wskazałem na martwą zwierzynę.
Ostatnio zmieniony przez Dzwonsson 2009-01-08, 21:35, w całości zmieniany 1 raz
- Nie cierpię zimy... ale czego się nie robi dla tych kilku, nic nie wartych monet - pomyślałem, ściskając w ręku prawie już pusta sakiewkę przywieszona przy pasie. Wtenczas moja uwagę zaprzątnął jakiś dźwięk, nie myśląc wiele ruszyłem w tamta stronę wspierając się na kosturze, który był nieodłącznym i często jedynym towarzyszem podroży. - Ciekawe, dziewczyna w tak niegościnnych okolicach? może tylko mi się wydawało? - myślałem.
zbliżając się do miejsca z którego dochodził odgłos, zauważyłem w oddali jakąś postać - krasnolud?? - trzymając się cieni podszedłem bliżej. Przeszedł mnie dreszcz gdy zauważyłem ze postać trzyma w rękach zakrwawiona bron i stoi nad jakimś ciałem. Ukryty pośród drzew przyjrzałem się postaci bliżej, z ulga zauważyłem, ze 'ciało' to truchło jakiegoś zwierza. - Krasnolud... miałem jednak racje - myślałem - Ale co on tu robi? Tez zmierza do tej wiochy, jak ona się nazywała? Wołki chyba. A możne to jakiś bandyta? Nie sadze żeby w tych okolicach ktoś z ich rodzaju zamieszkiwał. - ciągnąłem myśli. Położyłem kostur na ziemi i wyjąłem z rękawa jeden z moich sztyletów do rzucania - Kto wie, co zaraz się wydarzy - pomyślałem - Krasnolud z zakrwawiona bronią na totalnym odludziu... pięknie. - Wtem zobaczyłem jakiegoś mężczyznę taszczącego worek i zmierzającego w jego stronę. - Cholera, pewnie jego kompan z łupami. No to się wpakowałem... - przeszło mi przez myśl. Wówczas jeden z mężczyzn mnie spostrzegł. - No to zaraz się zacznie - pomyślałem, starając bardziej skryć się pośród drzew nie tracąc jednak ich z oczu - Nawet jak tu podejdzie będę mógł przynajmniej zaatakować pierwszy. -
<spluwa> -skalne ścierwo- mruknąłem pod nosem. Wytarłem topór, bacznie obserwując jedynym okiem otoczenie, aby nie dać się zaskoczyć po raz kolejny. Gdy usłyszałem głos odwróciłem głowę, chwytając pewniej topór. - Wszyscy mamy swoje powody, czyż nie? Ale jeśli chcecie wiedzieć więcej, to szukam odpowiedzi, panie... jak Was tam zwą? A to ścierwo zapolowało na niewłaściwego krasnoluda - odrzekłem w odpowiedzi - Przypuszczam, że Ty też nie wybrałeś się na spacer, aby skorzystać z pogody - dodałem z ironicznym uśmieszkiem.
_________________ A kto umarł, ten nie żyje...
Ostatnio zmieniony przez Gotrek 2009-01-09, 02:41, w całości zmieniany 2 razy
- Solwin, zwą mnie Solwin... - Odrzekłem w odpowiedzi. - Byłem raczej skłonny twierdzić, iż tyś panie na zwierzynę zapolował. Ale przecież w tak mroźne dni każdy musi jakoś zadbać o choć odrobinę strawy. Zwłaszcza, że zapasy podróżników mogą świecić pustkami. - Kontynuowałem. - Sam zajmuję się swego rodzaju łowiectwem na zlecenie. - Dodałem z uśmiechem. - Mówisz też panie, że szukasz odpowiedzi... Pewnie pryciągnęła cię wieść o z dawna zaginionym bohaterze szastającym złotem na prawo i lewo by tylko zbudować własną armię? Nic w tym dziwnego, wielu już ciągnęło tym szlakiem w ostatnich dniach... Jednak uważaj, tutaj nawet każdy krzak i kamień może słuchać, choćby i teraz jesteśmy pod obserwacją. W zaroślach bez wątpienia ktoś nas wypatruje? Może to zwykły złodziejaszek? A może elf szukający informacji na temat okolicznych wydarzeń? Kto wie... Nie powinniśmy go płoszyć, kto wie kto czai się za jego plecami. W każdym razie, jeżeli zmierzasz do Wołków to pozwól, iż ci potowarzyszę, niebezpiecznie samemu podróżować w te srogie dni.
-Ja jestem Gotrek - przedstawiłem się - Nieważne kto zapolował, ważne kto przeżył. Słusznie odgadłeś, że udaję się do Wołków, jednak mam nadzieję, że nie obrazisz się panie, jeśli na razie moje motywy pozostaną tajemnicą. Rad będę zyskując kompana w tej wędrówce, zawsze raźniej. Może i słusznie prawisz sugerując, aby nie płoszyć naszego tajemniczego cienia. Mam tylko cichą nadzieje, że to nie elf. Nie znoszę tych długouchych.
- Dzisiaj zbyt długi język może okazać się sprawcą prędkich kłopotów, więc szanuję twoją powściągliwość, mości Gotreku... - Rzekłem. - Co zaś się tyczy elfów, to rzeczywiście niebezpieczny to lud, a zgodnę z nim wyjątkowo trudno wypracować... Lecz nie stójmy tak, niczym dwa posągi, nadchodzi zmierzch, a z nim wiele niebezpieczeństw znacznie nieprzyjemniejszych od porywistych wiatrów i śnieżnych zawiei.
- Co racja to racja. Komu w drogę temu czas, jak rzecze przysłowie-Powiedziałem-Chodźmy, to może zdążymy przed zmrokiem.-Zatknąłem topór za pas, opatuliłem się szczelniej płaszczem i wolnym krokiem zacząłem iść w kierunku Wołków.
Ich brak reakcji mnie zdziwił – Może tylko mi się wydawało ze mnie zauważyli? Tym lepiej dla mnie. – myślałem. Przyglądając się dwójce mężczyzn, starałem się usłyszeć jeszcze raz dźwięk, który wcześniej przyciągnął mnie w tę okolice. Szumiący pośród przemarzniętych drzew wiatr nie ułatwiał tego zadania. (szlysze cos?)
Po krótkiej chwili, dwaj mężczyźni ruszyli na południe. – Idą na południe? Może ich źle oceniłem? – pomyślałem – Dobrze byłoby jakbym miał ich na oku. – W dalszym ciągu moje myśli zaprzątał tajemniczy odgłos, który wcześniej usłyszałem. Pozostając w ukryciu zacząłem się zastanawiać czy ruszyć za nimi.
EDIT: (musze wstawic nowego posta, a zeby spamy nie bylo edytuje.)
Po krótkiej chwili namysłu ruszyłem za mężczyzną i krasnoludem trzymając się zarośli i starając się nie stracić ich z oczu.
Ostatnio zmieniony przez marsal2 2009-01-10, 12:46, w całości zmieniany 1 raz
Ruszyliście na południe. Wasz marsz postępował bardzo powoli. Wysoki śnieg nie tylko utrudniał pochód, ale zakrywał też kamienie milowe, uniemożliwiając jakąkolwiek nawigację. Mimo tego już po kilku godzinach podróży dotarliście na skraj lasu. Szerokie, wygładzone połacie ziemi przed Wami przywodziło na myśl skryte pod śniegiem pole zbożowe. Kilkaset metrów dalej, w niewielkim obniżeniu, znajdowała się skromna osada, rozświetlająca dziesiątkami pochodni wieczorny półmrok. Uwagę przykuwała przede wszystkim wielka, choć parterowa, zabudowa nieco dalej.
- Ktoście? - przerwał Wam oględziny szorstki, męski głos. Dopiero teraz zauważyliście ustawioną między ostatnimi sosnami, niewielką stróżówkę. Przypominała odpowiednio większy karmnik dla ptaków. Siedzący w niej nastoletni chłopak majstrował przy napiętej kuszy, skierowanej w Waszą stronę.
_________________ I am the Master of Puppets! Who do you think the Puppets are?
-Chłopcze, odłóż tę kuszę, bo jeszcze komuś oko wybijesz, co w moim przypadku byłoby raczej niewygodne - powiedziałem w kierunku chłopaka - Ja i mój towarzysz udajemy się do Wołków - rzekłem - Czy te domy to właśnie Wołki? - spytałem wskazując na osadę
_________________ A kto umarł, ten nie żyje...
Ostatnio zmieniony przez Gotrek 2009-01-10, 14:07, w całości zmieniany 1 raz
- Zbliżamy się do jakiejś mieściny - pomyślałem zauważając stróżówkę z daleka. - To dobrze, w końcu wypocznę. - Próby nadążenia za dwójką nieznajomych i ciągłe skrywanie się pomiędzy drzewami, strasznie mnie zmęczyły.
Pozostając w cieniu drzew przyglądam się jak dwójka mężczyzn zostaje zaskoczona przez młodego chłopaka, pełniącego warte w stróżówce. - Odważny chłopak, albo może głupi? Chyba będzie trzeba mu pomóc. - pomyślałem, wyjąłem ponownie sztylet z rękawa i trzymając się cienia ruszyłem w pobliże stróżówki.
- Ano. Jużeście ze dwie mile we Wołkach. - odpowiedział wesoło chłopak spuszczając rękę ze spustu - Nie widzieli tam nikogo w ogonie? - zapytał wskazując ruchem głowy drogę, którą przyszliście.
_________________ I am the Master of Puppets! Who do you think the Puppets are?
- Witajcie, witajcie... Ponownie, można rzecz... A w ogonie... Widzielim jedynie kogoś pośród zarośli i szczerze mówiąc nie podoba mi się to... W dzisiejszych czasach każdy chcę pare cennych informacji dla własnego zysku podsłyszeć... Dam głowę, że ktoś kręci się wokół wsi. - Rzekłem.
Podchodząc bliżej dosłyszałem kilka słów z rozmowy mężczyzn – A wiec już dawno mnie dostrzegli... A to że jeszcze żyję świadczy tylko o tym, że nie maja bandyckich zapędów. Cóż nie pozostaje mi już nic innego jak tylko się ujawnić. – powiedziałem w myślach.
Opuszczam zarośla i wolnym krokiem zmierzam w stronę trójki nieznajomych. Idąc chowam sztylet do rękawa i zawieszam kostur za pomocą kawałka sznurka na plecach, na znak że nie mam zamiaru walczyć.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Nie możesz ściągać załączników na tym forum