Middenheim, miasto o wspaniałej tradycji i niegdyś wielkich bogactwach, jednak dziś, w kilka miesięcy po odparciu oblężenia wojsk Archaona przypomina raczej prowincję spustoszoną zarazą. Od czasu rozwiązania konfiktu zbrojnego z wojskami bóstw chaosu graf miasta nawołuje wszystkich do odbudowy tego wspaniałego ośrodka chwały Ulryka. Do miasta okalającego wzgórze Fauschlag ściągają setki prowincjuszy, żebraków, ludzi szukających zarobku i własnego kąta ale także i zwykli podróżnicy, poszukiwacze uciech z odległych krain… Wszyscy prą jakby w transie, jednak w rzeczywistości w poszukiwaniu kilku złotych monet i zajęcia pozwalającego godnie przeżyć, o co dziś niełatwo na jałowych pustkowiach, które kiedyś będąc bujnymi lasami i dolinami wprawiały w zachwyt wszelakich wędrowców. Middenheim staje się stolicą Starego Świata, jednak stolicą dziką i niebezpieczną, pełną obaw i wszechobecnej zarazy, aczkolwiek nikt na te aspekty dziś już nie zważa, ważne jest to by przeżyć . Zajrzyjmy więc na ulice miasta. Graf wraz z głównymi kapłanami Ulryka i Sigmara jako nadzorcy wytyczyli kilka dzielnic, a właściwie gett. W samym centrum, u podnóży wzgórza, w cieniu świątyni Pana Wilków rozciąga się na kilku ulicach niewielka osada dla naturalnych mieszkańców miasta oraz dla wszelakiej administracji, kapłaństwa i garnizonu zakonów Wilka i Pantery. Z terenów zaś znajdujących się w pobliżu bram utworzono zwarty pierścień mający być schronieniem dla wszelakich przybyszów, dziś będących większością mieszkańców Middenheim. Gdy w dzielnicy centralnej otoczonej palisadą panuje względny spokój, w zewnętrzym pierścieniu swóje miejsce znalazło bezprawie. Morderstwa, kradzieże, gwałty i rabunki to tylko kilka niewinnych czynów z listy zawierającej występki dokonywane przez nowoprzybyłych… Za palisadą życie wygląda ciężko, jednak właśnie tam skierujemy nasz wzrok… Do niewielkiej gospody co zwała się kiedyś „Strażnicą”, a dziś co niektórzy z wielkim wysiłkiem wybełkoczą „Sparszywiała Rudera”…
***
Późnym wieczorem w „Strażnicy” nie ma zbyt dużego ruchu, karczmarz nie biega jak szalony od stołu do stołu, a z rogu sali nie dobiega dźwięk muzyki, koniec końców wszyscy, którzy tu aktualnie przebywają to zlepek podróżników i zbiegów, farmerów i starców, wszyscy z ledwie kilkoma monetami w sakiewce i niewielką nadzieją na lepszy byt… Oberżystą tego jakże smutnego miejsca jest siwawy staruszek, wydawałoby się, że niezdolny do pracy w takim miejscu, aczkolwiek jeszcze wyjątkowo sprawny, według wielu ludzie płacą mu za usługi tylko z szacunku do starego człowieka, tylko dlatego, iż wiedzą że wkłada on w tą pracę wiele czasu, tak cennego w jego wieku… Przecież prowadzenie gospody nawet już mu się nie opłaca, ledwo starcza mu na pokrycie kosztów utrzymania odkąd ceny żywności poszły radykalnie w górę.
Na sali zaś siedzi kilku szemranych typów, grupka podróżników zwanych poszukiwaczami przygód, paru zbiegów z tego co zostało po okolicznych farmach, jeden starzec sprawiający wrażenie uczonego, co to przybył do Middenheim ze swym pomagierem… Można też dostrzec młodzieniaszka prawdopodobnie obytego poniekąd ze sztuką magiczną, aczkolwiek szalenie wystraszonego i niepewnego… Tuż obok niego na krześle siedzi pewnie pół-elf, który z niewiadomych przyczyn zabrnął aż na wzgórze. Przy ladzie zaś przesiaduje dwóch zamyślonych młodych mężczyzn, jeden wydaję się być silnorękim do wynajęcia, aczkolwiek jego twarz ukazuje głęboką uczciwość, drugi z kolei to persona sprawiająca wrażenie nadwornego czarownika, może wydawać się, że wyjątkowo niepewnego gdyż kuli po szatami niewielkie zawiniątko, którego fakt posiadania wpędza go w niewielką panikę. Obu zaś próbuje oczarować sztuczkami jakiś kanciarz o facjacie zakazanego typa…
***
Przez kilka następnych dni życie w Middenheim płynęło bez zmian. Podróżnicy wydawali ostatnie oszczędności na nocleg i wyżywienie. Karczmarz w „Strażnicy” nawet spuścił z cen by każdy mógł się utrzymać na powierzchni przez kolejnych kilka dni, a nóż jakaś dodatkowa para rąk będzie potrzebna przy odbudowie lub któryś z rzemieślników będzie potrzebował chłopca do pomocy. Każdego dnia lokatorzy karczmy leżącej w zewnętrznym pierścieniu udawali się na zaimprowizowany placyk by wysłuchać ogłoszeń licząc, iż właśnie w tym momencie los się do nich uśmiechnie. Jednak nie, szczęścia przybyszom brakowało, miasto i rzemieślnicy ubiegali się tylko o wykwalifikowanych pracowników, którzy rzeczywiście mogą pomóc… Po tygodniu strach począł zaglądać w oczy większości nowoprzybyłych, sakiewki świeciły pustkami, a te kilka miedziaków, które pokrywały dna owych sakiewek zapewne nie wystarczy by udać się w dalszą podróż. Wielu ogłaszało, że następnego dnia musi się wynieść. Może na ulice, może plądrować opustoszałe gospodarstwa w celu zdobycia niewielkiego łupu… Nadszedł kolejny świt. Ci co spakowali manatki szykowali się do wyprowadzki, a ci którzy mieli na tyle w kieszeniach by zostać choćby na jeszcze jeden dzień mieli zamiar poszukać szczęścia, które zapewni im szansę na lepszy byt. Karczma opustoszała. Było pewnym, że za kilka godzin znów stosunkowo się zapełni, ludzie wrócą z poszukiwań pracy, a i przybędą też nowi, którzy zwietrzyli iż zwolniło się kilka miejsc w lokalu… Do wieczora sytuacja wróciła do względnej normy, jednak co dziwne, nikt nie był w stanie dopatrzyć się karczmarza. Chodziły głosy, że staruszek wyszedł by samemu dzięki własnemu autorytetowi znaleźć pracę dla kilku spośród wielu szukających. Jednak o następnym świtaniu gdy grupa kilku poszukiwaczy zarobków udała się do głównej sali, nikogo w niej nie było… Na ziemi leżały jedynie zwłoki karczmarza. Po kilku chwilach do lokalu wbiegła grupa strażników widocznie mających już przysłowiowy „cynk”. Goście zostali otoczeni. Nie wiele było do zrobienia. Właściwie istniały dwa wyjścia. Albo sięgnąć po broń i walczyć, albo oddać się w ręce wymiaru sprawiedliwości…
***
Sesje uroczyscie oglaszam za rozpoczeta. Jako MG musze w tej sytuacji zadac standardowe pytanie. Co robicie?
Ostatnio zmieniony przez Dzwonsson 2008-04-29, 09:20, w całości zmieniany 2 razy
Odruchowo chwyciłem za rękojeść miecza, który wisiał u mego pasa, byłem gotów żeby się bronić, czułem jak gotuje się we mnie krew, ten przypływ sił i adrenaliny, który poznałem już nie raz w życiu, ale nie tego mnie uczono, nauczyłem się nad tym panować, a wewnętrzne poczucie sprawiedliwości zaczęło brać nade mną górę. Spojrzałem nerwowo po towarzyszach, ten mały kanciarz, który tak co noc starał się odwrócić moją uwagę nigdy mi się nie podobał, wyglądał na łotrzyka, pomyślałem nawet przez chwilę, że to jego sprawka, ale odrzuciłem te myśli. Nie chcę opuszczać towarzyszy w potrzebie, ale gdyby nawiązała się bójka to nie mogę walczyć z systemem, który mnie wychował, nie chcę walczyć, ale jeśli stanę się ofiarą niesprawiedliwości...nie ręczę za siebie.
Odruchowo wskakuje pod najbliższy stół, szukając ukrycia. Zaniepokojony sytuacją szybko analizuje myśli płynące do mojej głowy. "Uciekać? Nie to by było za proste, dość mam już tego. Tylko tym te miecze są takie... Postanowione, będę walczył... jakby co, to zawsze w zamieszaniu łatwiej dać nogę." Zdobyczny na jednym podróżniku jatagan przywołujący wspomnienia pokerowych potyczek wędruje między zęby. Staram się prześlizgnąć pod stołami w kierunku lady. "Oby barman trzymał tam kuszę... proszę..."
Na początku wystraszony chowam się za silnorękim jednak po chwili dociera do mnie, że muszę walczyć. Rozglądam się po sali licząc przeciwników, jednak jest ich zbyt dużo by załatwić sprawę jedną błyskawicą. Inkantuje szybko zaklęcie umiejscawiając Magiczny Płomień w prawej ręce, jednoczeście w lewej trzymając zwój z czarem Sobowtór. "Przynajmniej zamienie się w jednego z nich gdy będziemy mieli kłopoty. Nie zamierzam ginąć za jakichś przypadkowo spotkanych ludzi...". Z tą myślą czekam na ruch strażników gotowy do natychmiastowego ataku.
Ostatnio zmieniony przez Wszelak 2008-04-29, 16:08, w całości zmieniany 1 raz
Oto nadeszła chwila, by swoje magiczne umiejętności, które przyswoiłem w ciągu ostatnich miesięcy, wykorzystać w praktyce. Tylko czego by tu użyć? Zapewne Magicznego Pocisku - prostota działania i siła uderzenia czyni z tego czaru potężną broń przeciwko wszelkiej maści przeciwnikom. Jeszcze ostatni łyk Korzennego Piwka i mogę zaczynać wypowiadać inkantację...
Nie ukrywam, że byłem nieco przestraszony...
_________________ Godzien haniebnej nazwy buntownika bo go natura mnóstwem wszelkich złości uposażyła
I choćbym szedł ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo jestem największym sukinsynem w tej pieprzonej dolinie!
Ostatnio zmieniony przez Serafin 2008-04-29, 16:05, w całości zmieniany 1 raz
I czara sie przelała, oddział straży wpadł do lokalu na wieść o śmierci szanowanego obywtela, jednego z karczmarzy, jednak wcale nie było powiedziane, że zlepek kilku nieznających się podróżników zostanie postawiony przed sądem. Strażnicy szybko rozeznali się w sytuacji. Jeden osobnik sprawiający wrażenie trudnego przeciwnika, facet o urodzie szczura szukający czegoś namiętnie za ladą, jakiś pół-elf co to stoi i nie wie cóż się dzieje, oraz grupa trzech domorosłych czarowników, którym palce aż dymią się od natężenia magii. Kapitan stwierdził jasno, magowie zatłukli właściciela jakimiś sztuczkami z piekła rodem, osiłkowie mieli robić za ochronę jednak widać, że nie wychodzi im to najlepiej, a niewielki krętacz grzebie w prywatnych rzeczach świętej pamięci właściciela... Strażnicy długo nie zastanawiali się nad rozwiązaniem tej sytuacji, szybko obezwładnili przestępców nim jeszcze ci zdążyli rozpętać większą awanturę. Po rozbrojeniu przedziwnie wyglądającej bandy kapitan wydał rozkaz natychmiastowego przetransportowania złapanych na gorącym uczynku morderców. Przecież nie ma nad czym główkować, jest trup, są mordercy, motyw też się znajdzie, pomyślał gładząc bujnego wąsa.
Po kilkunastu minutach cała szóstka znajdowała się już w zaimprowizowanym posterunku i areszcie zarazem... Za jakiś czas zostaną im przedstawione zarzuty, a i egzekucja pewnie odbędzie się niebawem. Dziś przecież nikt w Middenheim nie szuka dziury w całym, prosta sprawa, szybka egzekucja. I tak już wystarczająco dużo podejrzanych typów zjechało do pogorzeliska po mieście, wiec kilku mniej może tylko pewnym mieszkańcom przysporzyć radości... Więźniowie mają teraz kilka dni na namyśł oraz lepsze poznanie współtowarzyszy niedoli... Bo przecież nie są żadną zorganizowaną grupą tylko przypadkowymi ofiarami...
"Pięknie, po prostu wspaniale!" - krzyknąłem uderzając pięścią w kraty więziennego okna. "Powinienem teraz udać się na lekcje u mego mistrza, splamię jego honor i swój jeśli się to szybko nie wyjaśni" Usiadłem na zimnej, wilgotnej kamiennej podłodze celi, starając się wyciszyć i myśleć trzeźwo "Wiem jak funkcjonuje prawo w Middenheim, nawet jeśli żaden z nas nie jest winny" - spojrzałem podejrzliwym wzrokiem na łotrzyka - "To i tak nas stracą jeśli nie wstawi się za nami ważniejsza persona, albo sami czegoś nie wymyślimy...ale jeśli już mamy razem zginąć, chciałbym wiedzieć z kim przyjdzie mi dzielić grób, ja zwę się Beltyn, jestem giermkiem, a walka i trochę zasad to wszystko co mi w życiu zostało"
"Cholera, wiedziałem, że to się skończy albo śmiercią, albo pojmaniem. Jak ja głupi mogłem wierzyć w swoje szczęście? Parszywy los już wystarczająco mnie doświadczył, żeby mógł się tak nabrać. A teraz... teraz jestem zamknięty z bandą frajerów, na których z pewnością nie można polegać. Jak zwykle wszystko na mojej głowie...".
Odruchowo sprawdzam zamek w drzwiach i okratowanie okien. Może jest w celi coś, co mogło by się przydać przy ucieczce?
--------------------------------
"Phi, ten paladynek coś mówi? Tacy to zawsze się zasłaniają honorem, a tu trzeba działać! Ale nie czas na pozyskiwanie wrogów. Może mi się do czegoś przydać..."
Podchodzę do Beltyna beznamiętnie przesuwając wzrok po reszcie współwięźniów. Odpowiadam mu:
- My się już poznaliśmy, ale z niezbyt przyjemnej strony, w dodatku nie zdążyłeś poznać mego imienia. Zacznijmy więc od nowa, jak i nowa jest ta sytuacja. Pozwól, że się przedstawię, jestem Dieter. Miło mi Cię poznać, szlachetny Panie.
"Cholera, nie znoszę, gdy takie szemrane typy się płaszczą, pewnie czegoś chce, a potem wsadzi mi nóż w plecy, ale będę się nim martwił później, teraz do roboty."
-I mi również Diterze, wszak jednak nie jestem Panem, jedynie giermkiem i jeszcze długa droga przede mną, która może się wydłużyć po mój grób jeśli szybko czegoś nie wymyślimy.
Podchodzę do drzwi celi, zastanawiam się z czego są zrobione, dodatkowo rozglądam się i nasłuchuje czy w pobliżu nie ma strażników, jak często chodzą korytarzami. Półgłosem staram się zwrócić na siebie uwagę przetrzymywanych w innych celach, jeżeli tacy są, może będą wiedzieli coś co pomoże nam w ucieczce, albo gdzie strażnicy mogli zabrać nasz ekwipunek. Na chwilę przerywam, by skupić się na tym co mają do powiedzenia moi współwięźniowie.
Ostatnio zmieniony przez Vinci 2008-04-29, 17:46, w całości zmieniany 2 razy
Pół-elf rozciąga się aż kości trzeszczą. Jego gęba jak zwykle ma obojętno-zasępiony wyraz.
- Hm. - tyle ino do powiedzenia miał pół-elf na początek, lecz po chwili dodał.
- Nie wiem szczerze powiedziawszy co ja tu robię. Nie wiem kim wy jesteście, ale to mnie niewiele obchodzi. Pytam się jednak, czy mamy jakieś szanse na wykaraskanie się z kłopotów, czy wezmą nas jak kurki na piniek i poobcinają łebka co do jednego?
Przyjmuję godną postawę, starając się nadrobić pewnością siebie postrzępione fragmenty ubioru i wychodzę na środek.
- Ekhm, tak... No więc... Drodzy współwięźniowie. Wiem, że jest wam przyjemnie w moim towarzystwie, ale ja bym wolał jak najszybciej się rozstać. Bez urazy, oczywiście.
Przeleciałem wzrokiem po obecnych, wypatrując ewentualnych podejrzanych ruchów.
- Przeanalizujmy możliwości. Najłatwiej byłoby oczywiście dać skrócić się o głowę, ale chyba nie o to nam wszystkim chodzi, nieprawdaż? No więc poza tym, jakże radosnym rozwiązaniem, mamy chyba tylko jedno wyjście - połączyć siły. Na razie trzeba obserwować i zastanowić się nad ewentualnym wyjściem z tej sytuacji. Także, jakby coś komuś wpadło do głowy, to ja jestem... no... otwarty na propozycje.
Zaraz po wylądowaniu w celi sprawdzam kieszenie ze zgrozą stwierdzając, że strażnicy zabrali małe zawiniątko. Zdenerwowany próbuje uderzyć w ścianę energią magiczną, jednak ból głowy wywołany uderzeniem głowni miecza nie pozwala się skoncentrować.
- Ech... Widocznie nie zdam się tutaj na nic. Nie jestem w stanie skupić się na tyle, by wywarzyć drzwi... - stwierdziłem z przekąsem - Wygląda na to, że troche tu posiedzimy tak więc wypada się przedstawić - nazywam się Mignit. Jestem dość dobrze wyszkolonym magiem...
Zrezygnowane twarze współwięźniów wzmogły mój ból głowy nie pozwalając już skupić się na niczym.
- Nikt z was nie chowa w butach wytrychów na takie okazje, mam rację? - zapytałem od niechcenia z ironią w głosie.
- Może zamiast bezmyślnej elokwencji rodem z dworów wymuskanych paniczyków, magowie, może ruszycie rzycie i coś wymyślicie? - pyta z nieukrywaną złością w głosie.
Rozgląda się po pomieszczeniu, przygląda się temu i owemu szukając czegoś na czym dałoby się zawiesić oko. Drzwi? Może jakie kraty? Kto tam wie.
- Tak wogóle, mówcie mi Sahen. - rzekł i splunął na podłogę.
-Magom daj spokój Sahen, to raczej Ty zachowujesz się i wyglądasz jakbyś niepierwszy raz znalazł się w takiej sytuacji, pewnie w ucieczkach z więzień masz doświadczenie, więc zastanów się co możemy zrobić...
Odwracam się w stronę Mignita.
-Tam w tawernie Mignit, Twoje dłonie płonęły, nie mógłbyś spróbować zrobić tego teraz? Może spróbowałbyś roztopić kraty?
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Nie możesz ściągać załączników na tym forum