- No, wreszcie ktoś się zdecydował. Chociaż nie spodziewałem się, że to będziesz ty, rycerzyku. Czyżbyś zabił niewinną osobę po raz pierwszy w swoim życiu? Jakże to okrutne, teraz wyrzuty sumienia będą cię dręczyć po nocach. Zwłaszcza, że wziąłeś jego ekwipunek ze sobą. Czyżbyś jednak nie był taki szlachetny? - wygłosiłem monolog z drwiną w głosie.
- Samuel, skończże te radosne hasanie po polu i ruszajmy wreszcie. Tu i tak nie wiele znajdziesz, a tak tylko tracimy czas.
Podniosłem kamień i rzuciłem nim, celując w głowę Samuela.
- A cóż to jest sumienie? Kierowanie się w życiu własnym systemem wartości. Psia krew, muszę chyba jeszcze raz przejrzeć swój regulamin... - wykonuje gest, jakbym czytał coś z książki - nie, nic tu nie piszą o litowaniu się nad słodkimi szpiczastouchymi istotami w ostatnich godzinach. Ani też o tym, że nie wolno się wyzłośliwiać. Także wybacz mi czarusiu, że cię zawiodłem.
-Nie martw się o moje sumienie Dieter, gdyby Tobie coś się stało, możesz na mnie liczyć, zrobię dla Ciebie to samo... - uśmiechnąłem się szyderczo - więc zastanów się czy nie potrzebujesz moich usług łotrzyku, bo mam tu świeżo wykopany grób, a nie będzie mi się chciało kopać dwa razy.
Nie czekałem na odpowiedź, ułożyłem Schedryna na dnie dołu, a twarz przykryłem kawałkiem płótna.
-Zakopmy go i oddalmy się z tego przeklętego miejsca.
Wystarczy! Nie zachowujmy się jak dzieci! Spójrzmy prawdzie w oczy, Schedryn i tak by zmarł, jedynie zmniejszyliśmy jego cierpienie... Beltyn sądze, że powinniśmy podzielić się ekwipunkiem naszego martwego towarzysza. No dobrze a teraz chodzmy poszukać tych ziół, Dieter.
Spojrzałem po nich ze złością i ruszyłem w strone najbliższych krzaków.
- Acha, giermku, miej oko na Samuela. Myśle, że nie jest w stanie iść ze mną i kanciarzem, ale raczej nic nie szkodzi mu na przeszkodzie by cię zaatakować...
-No tak, chcieliście mnie najpierw zostawić z pół żywym elfem, a teraz trafił mi się szaleniec. Co ja mam z nim robić? Zbierać truskawki?! - spojrzałem w stronę Samuela żeby zobaczyć co robi.
Łąka rozbrzmiewała świergotem ptaków. Było pięknie i słonecznie, pachniały kwiaty, a wiatr niósł od lasu cudny aromat wiosennych świerków. Ktoś tu jeszcze chodził, coś tam robili, ale nie słuchałem ich... natura okazywała swe piękno w całej krasie, żal marnować czas na ludzi. Jeden z nich rzucił we mnie jakimś owocem. Machnąłem tylko na niego ręką z uśmiechem i dalej cieszyłem się urokami tego niezwykłego miejsca.
Skąd się tu właściwe wziąłem? Nie pamiętałem. Tylko jakieś urywki. Strzelista wieża, wyrastająca na pustkowiu, smagana wiatrem i deszczem... zapomniana nekropolia gdzieś na rubieżach cywilizacji, niebezpiecznie blisko terytorium chaosu... brudne więzienie i bogate domostwo... nie, nie, to było dawno, w innym świecie, zupełnie mnie nie dotyczyło...
A tak! Zioła, pamiętam, że przybyłem na tą łąkę w poszukiwaniu ziół! Zerwałem się na równe nogi, rad z faktu, że sobie przypomniałem, nie myślałem już o niczym innym..
Zioła, zioła, zioła! Zioła! Tajemne, potężne, całkiem zwyczajne, zioła, ziółka, dzieci matki ziemi...
Rozejrzałem się dookoła i wzrok mój padł na osobnika, który rzucił był we mnie owocem.Pamiętam go! Pamiętam! To z nim rozmawiałem, do czegoś mieliśmy tych ziół użyć, ale do czego?
W jakiś niejasny sposób mężczyzna kojarzył mi się z brudnym więzieniem, pełnym nieznajomych... to było złe wspomnienie... Ale i tak postanowiłem z nim porozmawiać.
Zrobiłem kilka kroków i zamarłem. Kilka kroków ode mnie na ziemi siedział wielgachny kret wielkości człowieka, kopał w ziemi i coś mówił. No tak, że kopie, to rozumiem, ale żeby mówił? To jakaś czarowna kraina. Drogę przebiegł mały, biały królik. No nic. Ostrożnie, na palcach, tak, żeby nie zwracać na siebie uwagi wielkiego kreta podszedłem do mężczyzny, z którym rozmawiałem kiedyś (kiedy, gdzie?) o ziołach.
Psst! Psst! - szepnąłem - Dobry panie! Nie pamiętasz, po co były nam zioła? Tu na pewno je znajdziemy, to dobre miejsce, ale po co nam one? Proszę o tym nikomu nie mówić, ale nie bardzo pamiętam...
_________________ Po borygo się nie rzygo!
Ostatnio zmieniony przez Gawith 2008-05-06, 14:26, w całości zmieniany 1 raz
"Nie no, teraz to już do końca go porąbało. W takim stanie nie mogę mu powiedzieć prawdy..."
- Chciałeś uleczyć Schedryn, pół-elfa. Pamiętasz, stary ośle? Ale niestety zmarło mu się, kiedy zbierałeś zioła. A teraz już chodźmy, bo chyba się czegoś nawdychałeś - powiedziałem wysokim głosem, jakbym zwracał się do dziecka.
"Matoł. Jak chce się babrać w alchemii, to by najpierw dowiedział się, z czym ma do czynienia. Normalnie bym go tu zostawił, ale jest mi cholera potrzebny."
Ciiii! syknąłem, chowając się za pokaźnym krzakiem bzu - Mnie nazywasz baranem, a sam drzesz się jak opętany! Zachowaj ciszę, nie prowokuj tego kreta, gotów nam zrobić krzywdę! To nie to samo co nornica, jemu mogę nie dać rady!
Potwór zdawał się być zajęty swoim dołem, a ja zacząłem się zastanawiać nad tym człowiekiem. Jaki znowu elf? No i nie zdążyłem przecież jeszcze nazbierać żadnych ziół... on chyba nie jest do końca normalny...
"Nie mam czasu ani sił na niańczenie tego świra! Jest tylko jedno wyjście."
Podszedłem do Beltyna i powiedziałem ściszonym głosem:
- Trzeba go jakoś stąd zabrać. W końcu nie możemy go zostawić na pewną śmierć, nieprawdaż? - tutaj w moją mimikę wtrącił się lekki uśmieszek - Trzeba go związać, bo jeszcze jest gotów zrobić komuś krzywdę, pod wpływem tych cholernych ziół.
-Nie przypuszczałem, że to kiedyś powiem, ale zgadzam się z Tobą. Tylko co zrobimy jak go już zwiążemy? Trzeba go będzie nieść...albo ciągnąć. - Spojrzałem w stronę Samuela, hasał sobie beztrosko wśród wyimaginowanej trawy i drzew - Prawdopodobnie nie da się związać po dobroci, trzeba będzie go ogłuszyć, chociaż w tym stanie wystarczy podejść do niego z kamieniem pod pretekstem, że chcemy go nakarmić i walnąć go w głowę...to co robimy?
Soleil:
Dotarłaś na miejsce, w którym niegdyś znajdowała się elfia osada, jedna z niewielu na terenie Imperium. Dziś to miejsce to ledwie spopielone szczątki chałup, które zdają się być jedynym czynnikiem, który może cię utwierdzić w przekonaniu, że kiedyś tu właśnie był twój dom. Przechadzasz się między ruinami chat, mijasz miejscową studnię i szukasz we wspomnieniach wydarzeń związanych z tym miejscem, a nie są to obrazy zbyt sielskie czy przyjemne… Częste pogromy dokonywane przez okoliczną ciemnotę i wieczne groźby ze strony fanatyków Sigmara oskarżających was o wszelakie nieszczęścia nawiedzające Middenheim i okoliczne tereny… Jednak to nie ludzie dopuścili się ostatecznej rzezi i spalenia osady, to siły chaosu, dobrze zdajesz sobie z tego sprawę. Po kilku chwilach wsiadasz na koń i postanawiasz wrócić na trakt, aczkolwiek wiesz, że po odnalezieniu swoich piesków będziesz musiała przedstawić wersję zdarzeń godną wiernej służki podłego możnego…
Podejmujecie decyzję o dalszej wędrówce prowadzonej bez waszego przewodnika, koniec końców nie macie nawet pojęcia gdzie może podziewać się elfka, tak samo jak nie macie pojęcia gdzie powinniście się kierować. Będziecie więc iść przed siebie zostawiając za sobą Middenheim, inne pomysły nie przychodzą wam na myśl. Zanim jednak wyruszycie musicie pochować Schedryna. Zastanawia was czy nie było innego wyboru, czy musieliście pozbawić go życia… Aczkolwiek po ciosie Samuela wydawało się wam to jedynym słusznym rozwiązaniem, pół-elf i tak by zszedł z tego świata, ulżyliście mu więc cierpień… Pozostaje jeszcze problem z Samuelem. Jak kontynuować podróż z kimś kto zupełnie postradał zmysły? Nie macie pojęcia, więc dopuszczacie się jedynej idei jaka przyszła wam do głowy, związujecie towarzysza i zostajecie zmuszeni do ciągnięcia go za sobą niczym worka z pszenicą.
Przez kilka następnych godzin wędrujecie wybitym traktem. Zdążyliście zauważyć, że okolica znacznie uległa zmianie w stosunku do warunków z jakimi przyszło wam obcować przez ostatnie dni. Pojawiły się pierwszę rośliny, kilka krzewów oraz pojedyncze drzewa. W miarę jak posuwacie się naprzód roślinności przybywa. Tuż przed zmierzchem znajdujecię się już w wyjątkowo gęstym, jak na panujące warunki, lesie.... Po raz kolejny rozbijacie obóz zastanawiając się jak wiele spraw uległo zmianie... Wydawało się już, że tworzycie jeden zespół, podczas gdy jeden z waszych kompanów stracił szansę na przeżycie przez obłąkanie innego z pośród was... Dodatkowo wasz przewodnik zniknął... Co wydarzy się w dalszej części podróży? Tego nie wie nikt...
Następnego dnia z braku konkretnego pomysłu wyruszacie w dalszą drogę po dukcie... Las gęstnieje, jednak wciąż nie spotkaliście choćby żywej duszy... Wasza wędrówka upływa mozolnie i wyjątkowo nudno... Dopiero w okolicach południa zauważacie truchło konia lężące na środku drogi, bez wątpienia jest to koń waszej przewodniczki, jednak po samej elfce nie było nawet śladu, tak samo jak po jukach i torbach... Nie zauważyliście także śladów walki czy krwi, może się wydawać że zwierzę padło z powodu zmęczenia lub choroby... Przed wami rozciąga się trakt, a po obu stronach drogi stoi zwarta ściana lasu...
Ostatnio zmieniony przez Dzwonsson 2008-05-11, 12:01, w całości zmieniany 3 razy
Okolica zrobiła się naprawdę znośna i przyjemna, nie będę miał problemów z przeżyciem w takim miejscu. W pewnym momencie stanąłem jak wryty, to drzewo, wielkie i powyginane, pamiętam je z lat młodości, to było gdzieś tutaj. Spojrzałem na Samuela, leżącego za mną i obwiązanego linami, bez słowa wziąłem go na ramię i skręciłem w las, niczym zahipnotyzowany, powtarzając sobie ciągle w myślach: "To było gdzieś tutaj, gdzieś tutaj mieszka stara Afest zielarka, znajdę ją".
"Gdzie idzie ten rycerzyk ze świrem... A, pieprzyć to! Nie zamierzam martwić się o wszystkich naokoło..."
Kolego, popieram jak najbardziej własną inicjatywę w rozwój sesji, takie zachowanie przecież zasługuję na pochwałę, jednak przed wtłoczeniem takowej zastanowiłbym się nad realiami świata, sytuacją oraz położeniem... A o skrzatach w miejscu rozgrywki nic mi nie wiadomo, koniec końców to nie legendarna kraina z bajek o królewnie Śnieżce.
Dzwonsson
Zabiłeś mnie... Niziołki rzadko zapuszczają się na zachód Imperium, mają własną Krainę Zgromadzenia jako teren autonomiczny i takie jest ich naturalne środowisko... Rasa ta nie należy do grona wielkich podróżników, więc oczywistym jest, że nie zapuszcza się w każdy kąt kraju... Dodatkowo niziołki nie siedzą w drzewach niczym ptaki w dziuplach... Wiem, że bardzo chcesz mieć własny wątek, ale nie popadajmy w skrajności, Witek zaczął, więc dajmy mu rozwinąć... Przecież na przypadkowym postoju każdy nagle nie znajdzie znaku od bogów do własnej misji...
Dzwonsson
Spoglądam na padlinę i stwierdzam, że zwierzę padło stosunkowo niedawno, znaczy Soleil musi być niedaleko. Rozejrzałem się nieco po okolicy i wszedłem na drzewo by zobaczyć gdzie jesteśmy.
- Musicie to zobaczyć - krzyknąłem do Towarzyszy
_________________ Godzien haniebnej nazwy buntownika bo go natura mnóstwem wszelkich złości uposażyła
I choćbym szedł ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo jestem największym sukinsynem w tej pieprzonej dolinie!
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Nie możesz ściągać załączników na tym forum