Odwróciła się w stronę Wertera, który kojarzył się jej z kupką nieszczęścia pomiataną przez jej opiekuna. A że sama praktycznie mogla włazić Raphaelowi na głowę, w tym dosłownie, czuła się od niego znacznie lepsza.
Co się dziwić. To w końcu tylko przypadkowy chłystek na służbie.
- A dlaczego ja mam się im przedstawiać?! Jestem u siebie, to oni wyskoczyli jak filip z konopi!
Fuknęła głośniej, niż było potrzeba. Może i nie znała się na etykiecie, ale fochy miała jak każda porządnie rozpuszczona pannica.
A że jej dotychczasowy rozmówca nie odpowiedział, podkreśliła swoją dziecięcą wyniosłość dodatkowym obróceniem się tyłem do wszystkich zgromadzonych. Patrzyła w morze, w łunę miasta. Tym razem tę dosłowną.
[Ładnie.
Pewnie, że ładnie. I w dodatku obiecał mi obraz. Mam nadzieję, że dokładny będzie.
Ty to za dobrze z nim masz...
Nieprawda! Ciągle nie umiem czytać. Na Ciebie też jestem obrażona!]
Skrzyżowała ręce. Stała tak pewnie, jakby nawet silniejsze wahnięcia statku nie robiły jej żadnej różnicy.
a propos... *wcale nie jest złośliwa* GM, Ty też!
i jestem gotowa się założyć, że normalnie, ręcznie, też stawiasz byki. po prostu ściągnij firefoxa/mozillę/pisz w wordzie, ładnie proszę w imieniu własnego katowanego mózgu.
Uśmiechnąłem się dziewczynki zdając sobie sprawę, że żadna z niej młoda dama czy arystokratka... Nie wygląda na egzemplarz kształcony w łacinie, a francuskiego także znać nie zna... Fakt, nie wszyscy wychowali się na jakimkolwiek dworze, przywykłem już do kontaktów z tłumem, który przez swoją prostotę mnie pociągał i stał się obiektem moim badań socjologicznych. - Ależ to żaden kłopot, panienko, nie wszyscy przecież są zmuszeni władać mową teologów Altisiodorensisa i Almaricusa, zwłaszcza, jeżeli mówimy o dzieciach korony angielskiej... Na tym pokładzie zwą mnie Isaac'iem Dijkstra. - Przedstawiłem się z ukłonem tocząc swą wypowiedź w języku Anglosasów. - Skromny sługa boży, miłośnik filozofii i socjologii. - Dodałem.
On się do niej uśmiechał. I robił to bardzo paskudnie, bardzo lubieżnie, na pewno chciał ją zabić, wyrzucić do wody i nakarmić swoje rybki, [ a w ogóle to jest demonem oceanu i wszyscy przez niego zginiecie. Będziecie żyli na jego służbie przez kolejne kilkaset lat, aż się rozpadną do cna, bo oczywiście zostaniecie potępieńcami w trakcie zjadania przez jakieś coś.
Ta, normalnie super. Będziesz cicho?
Mnóstwo czasu na naukę. Może wreszcie dowiesz się czegoś nowego, a nie tylko 'później' i 'później'. Później to Ty kurna będziesz dorosła i nie zdążysz. Dorośli zawsze mają za mało czasu, żeby robić to, co chcą; a nawet jak to robili, to się źle kończyło. Morderstwami na przykład.
Dobra, zamknij się, później pogadamy.]
Alana potrząsnęła rudym łebkiem, odganiając niewidzialnego natręta, i dopiero popatrzyła na rozmówcę. Isaaca, tak?
- Nie wiem, kim oni są. Lub byli. A ja jestem Alana, córka kupca... I nie wiem, co jeszcze chcesz wiedzieć.
Wzruszyła bezradnie ramionami. Maniery to chyba rodzaj przyprawy, prawda?
ale Ty więcej błędów robisz, nie tylko to 'także' (żeby daleko nie szukać - zdążyłem), a przecinki nie gryzą. lepsze usprawiedliwienie poproszę
*czuje się niepogoniona, bo w papierach ma, że baba*
*Stanął obok Alany, okrywając małą płaszczem, a całkowicie ignorując hołotę na pokładzie. Na razie. Widok płomieni uspokajał jego zszarpane nerwy. Przypominał sobie dawne, lepsze czasy gdy takie "zadania" jak to wyglądały całkiem inaczej*
Pięknie, prawda? Co powiesz byśmy namalowali obraz tego widoku? Całkiem sprawną rękę do tego kiedyś miałem, nieskromnie mówiąc... A potem możemy, tak jak chciałaś, zacząć uczyć cię czytać. Trochę bajek mam pod pokładem, com je wziął na wszelki wypadek..
Uspokoiła się, czując na sobie dotyk opiekuna i jego płaszcza. Teraz, kiedy ją okrył, przypomniała sobie, że w zasadzie to zmarzła, tylko przestała zwracać na to uwagę w toku tak zwanych działań. Widok ognia 'ogrzewał' ją na odległość; gdyby nie troskliwość Raphaela, byłaby nieświadomie złapała jakieś paskudztwo i zeszła im tu na tej łodzi. Czasami dobrze mieć opiekuna.
Ale tylko czasami, jak szybko zastrzegła ta dojrzewająca do buntu część.
- Nie chcę bajek! Chcę się uczyć. Bajki już znam. Babcia mi dużo opowiadała, więc na pewno nie masz takiej, której nie słyszałam. Chcę coś nowego.
Burknęła dosyć głośno, jednocześnie wtulając się ufnie w jego bok. Bardzo konsekwentne i niestety równie bardzo typowe. Przynajmniej długo to nie potrwało, bo D'Averosa obrócił się, żeby okrzyczeć resztę.
- Dmitrij to inaczej Dima, prawda? Bardzo mi się podoba. Dima. Jest urocze.
Dodała, wcinając mu się w pół zdania. Tyle dobrego, że ciszej, więc mógł perorować dalej. I tak nie słuchała, wyłapując tylko co ciekawsze jej zdaniem kawałki.
Dzwonsson napisał/a:
Zwróciłem uwagę na młodą damę, którą wskazał rzeczony D'Averosa... Interesujące dziecko. Zakończyłem ostatecznie pracę nad dziennikiem i usiadłem w pobliżu dziewczynki.
- Witam szanowną panienkę, jak panienkę raczyli zwać? Cóż także tak młoda osóbka czyni w tym miejscu? - Zapytałem grzecznie, korzystając ze znajomości francuskiego i licząc, iż dziewczę także w tym języku zdolne jest się posługiwać.
A ledwo skończył, znalazł się inny rozmówca. Szkoda tylko, że po ludzku nie mówił, tylko w tym, no, żabim... Francuskim znaczy. Umiała go rozpoznać i powiedzieć, że nie zna języka. Nic więcej.
- Żeneparlepadufrąse.
Oznajmiła. Gdyby się postarał, to by pewnie zrozumiał, ale wymagało to sporej dawki dobrej woli i ucha przyzwyczajonego do angielskiego akcentu zniekształcającego część wyrazów. Resztę dodała już w rodzimym języku, znaczy po angielsku.
- Przepraszam. Nikt mnie nigdy nie uczył.
Już pomijając to, że się jej ten język zwyczajnie nie podobał. (Jakiś taki niedorobiony. Jak wszystko u żabojadów.) Ale nauczyć by się mogła, co jej szkodzi, a przydać się przyda - takich sytuacji jak ta będzie pewno więcej.
- Ale pięęęknie...
Mruknęła dziewczynka, stojąc przy burcie i patrząc na pożar. Ten drobny widok zupełnie oderwał ją od rzeczywistości, nie pozwolił zwrócić uwagi na fakt, że właśnie wylądowała na statku z bandą mężczyzn i nikim więcej. No, powiedzmy, że miała jeszcze Raphaela, ale to była jedna z tych sytuacji, przed którą ostrzegała ją matka. Efekt kilku lat trucia nie znikał w przeciągu kilku chwil.
Brązowe oczy śledziły rozprzestrzeniające się płomienie w jednym, wybranym miejscu. Potem przeskakiwały do następnego i następnego, za każdym razem tak, by nie widzieć ludzi za swoimi plecami. Ani odrobinki. Słuch jakby się jej wyłączył; docierały do niej tylko dźwięki trzaskającego drewna i wybuchającej mąki w którymś z magazynów. Nie miała prawa słyszeć tego aż tak dokładnie, a jednak słyszała.
Jej umysł chronił się przed tym, co działo się na pokładzie. Co się stanie. I co mogło.
Spękane usta poruszały się lekko, kiedy mamrotała coś do siebie pod nosem. Zbyt cicho i za szybko, by dało się zrozumieć. Sama nie nadążała.
Chciała przywołać anioła, bo z nim czuła się pewniej. Mogłaby mu opowiedzieć o tym, co widzi, o płomieniach jeszcze czerwieńszych niż jej włosy. Lub zrobić cokolwiek innego z repertuaru rzeczy, które się robi - z przyjacielem.
Nie pojawiał się.
Jak zwykle.
co do tych nieszczęsnych cukierków - co stoi na przeszkodzie, by stopić trochę cukru i dolać tam esencji (olejku, skoncentrowanego wywaru, whatever...) miętowej? lepi się to jak cholera, tnie z bloku na kawałki i zawija w woskowany papier, ale przeszkód w produkcji nie widzę. coś na kształt arabskich słodyczy, tylko bez orzechów.
a na broniach się nie znam, niemniej nie psujcie proszę filmowych efektów, dopóki nie wyjdzie 'Piła X' xP
*Odwrócił się na pięcie i powoli poszedł w stronę Alany. Mała czasem bała się strzałów, szczególnie z armaty jaką był jego muszkiet a i oszczędzić jej chciał widoków zmasakrowanych ciał. Dzieckiem w końcu była i nie wypadało coby coś złego na jej małym rozumku siadło. Stanął przed nią i usiadł obok niej, tak jak stał opierając muszkiet o drzewo, niczym na pikniku jakim, nie zważając nawet na jatkę, jaka odbywała się w tej chwili. Pogłaskał małą po czuprynie, podając jej miętowca, jakie zwykle w płaszczu nosił*
Czy ja żem cię nie prosił, abyś na statku została, mała rozróbo? *uśmiechnął się do dziewczynki szeroko, niczym ojciec który nie ma zamiaru karcić swego dziecka* I co ja mam z tobą teraz zrobić, co? Do miasta na razie nie pójdziemy, prawda? Źli ludzie tam są i dopóki Werter z nimi sobie nie poradzi, musimy chwilę to posiedzieć. I ty mi powiedz, gdzieś ty znowu tyle siniaków nazbierała? Jak do domu wrócimy to od Ilii trochę pieniędzy wezmę i pójdziemy kupić ci coś ładnego, dobrze?...
(Ćśś, ćśś. Zaufaj mu. Tobie krzywdy nie zrobi, bo nie potrafi, a nie zamierzasz go uczyć.)
Stróż zbliżył się do niej, wymamrotał swoją kwestię do odsłoniętego ucha, jakby bał się, że Raphael może go usłyszeć. Alana pokiwała głową i westchnęła z lekkim rozczarowaniem, kiedy anioł zniknął. Najwyraźniej miał teraz co innego do roboty, gdzie indziej, żeby jej nic się nie stało.
Wierzyła w to.
Przerzuciła wzrok na opiekuna, przez chwilę rozkojarzony, kiedy wokół jego broni zauważyła kwiatki. tak nagle, ni wpiął, ni wypiął, i wylatującego z lufy motylka. Hm, chyba za mało spała tej nocy, bo to zdecydowanie wykraczało poza jej zwyczajne wizje.
Otrząsnęła się i oprzytomniała, odpowiadając z lekkim tylko poślizgiem czasowym.
- No prosiłeś, ale się nudzę, byłam sama... Stęskniłam się i tak dalej... To wyszłam i poszłam Cię szukać. I się udało, dzięki Opatrzności.
Gdyby usłyszał, skąd się dowiedziała, gdzie iść, niechybnie zamknąłby ją w wariatkowie. Tego nie chciała.
- Siniaki mam, jak dwa dni nazad spadłam z murku, kiedy nie udało się zrobić salta. I dopiero teraz zauważasz? Pf! I nie chcę nic ładnego, chcę umieć czytać.
Naburmuszyła się, jak na miniaturkę kobiety przystało. Nielekkie będzie z nią życie, a jak ją dodatkowo d`Averosa rozpuści, to może być pewien, że żaden odpowiedni młodzieniec nie odbierze Alany spod jego skrzydeł.
Siedź, gdzie siedzisz. Takiego! Żeby mu tu zeszła na zapalenie płuc! Ona wie, doskonale wie, że Raphael tylko udaje takiego miluśkiego i po prostu chce się jej pozbyć, żądny krwi, morderca jeden, perwers, dewiant nieboski, chroń nas Opatrzności...
Na granicy pola widzenia zamigotał zarys skrzydlatej postaci. Jej anioł stróż, czarny niczym hematyt z lekkim połyskiem, w wyleniałej aureoli i wytartej szacie. Towarzysz już od ładnych paru lat, niespecjalnie wszechmocny, ale wierny i cierpliwy. I jednocześnie jej najlepszy przyjaciel, jedyny, którego nauczyła się rozumieć, a nie tylko bezmyślnie słuchać. Chociaż nadal pojawiał się, kiedy chciał.
(Tylko cicho, malutka. Idź za nimi.)
No to poszła. Przecież nie mógł jej życzyć źle, prawda?
Poza tym nieswojo tu tak samej, w lesie. Nie chciała zostać bez opieki, wyposażona wyłącznie w chude nogi i silną wolę przeżycia. Ruszyła za nimi, jednak nie od razu. (Poczekaj, a potem nie patrz, maleńka. Nie wytrzymasz tego, cokolwiek to jest. Będzie się działo, powiedział. Ostrzegał. Posłuchaj.)
Huku nie rozpoznała. Potruchtała w stronę, z której się rozległ dopiero wtedy, gdy do końca ucichł. Bo to ta sama strona, w którą poszli jej opiekun z tym takim. Chyba.
Zwierząt w lesie nie było słychać po części i z jej winy. Alana, jak to niewyrośnięte młódki mają w zwyczaju, za nic miała rozkaz Raphaela (treść: nie rusz się stąd - kto by posłuchał?...) i po krótkim czasie wynudziła się na tyle, żeby stwierdzić, że musi go znaleźć.
Gdyby umiała czytać, to dobrałaby się do tych ciekawych ksiąg (muszą być ciekawe! Ciekawsze niż liczenie much). Ale nie umiała. Najwyraźniej musi go jeszcze trochę pomęczyć.
Pomińmy to, w jaki sposób trafiła do swojego opiekuna i tego tam, no, na W. Dość, że trafiła, płosząc przy okazji część fauny. I tak miała mnóstwo szczęścia, że to fauna nie przepłoszyła jej.
Rudowłose dziewczę stało przed nimi, kilkadziesiąt kroków niżej. Trudno było jej nie poznać, trzęsącej się w za dużym i za cienkim jednocześnie kubraku, pod który niby włożyła swetry, ale i tak marzła. Wiejący wiatr szarpał czerwone kosmyki i tylko kosmyki; nie dała się poruszyć połom ubrania, trzymając je kurczowo przy ciele dłońmi zaplątanymi w rękawy. Czekała na nich w miejscu, skulona, zziębnięta. Ale i tak lepsze to niż siedzenie na tyłku i nabijanie siniaków.
Ciemne oczy szukały wzroku Raphaela. Wolałaby z góry wiedzieć, jak wielką burę dostanie.
Alana Pator, czyli nieletnia podfruwajka i rzep na ogonie Raphaela.
Wygląd (tutaj)
A jak może wyglądać kilkunastoletnie (noo, nie żeby kiedyś liczyli... 13? 14?) dziewczę z drobnomieszczańskiej rodziny, w dodatku któreś z kolei? Nijak.
Bingo.
Pomijając tę drobną niedogodność, Alana jest rudowłosym podlotkiem o ciemnych oczach i wiecznie zaczerwienionym nosie (wina bezustannego kataru, prawdziwe utrapienie); często przygryza usta, które stają się przez to zaczerwienione i spierzchnięte. Postury mikrej, umięśnienia zerowego, strojów byle jakich. Może nie aż zgrzebny worek na grzbiecie, ale znacznie częściej nosi chłopięce, używane spodnie niż miniaturki sukienek wielkich dam. Zaznajomiona z siniakami i otarciami, które często goszczą na jej chudych nogach. Być może kiedyś wyrośnie na naprawdę ładną kobietę, ale na razie jest na etapie brzydkiego kaczątka.
To tyle, co można o niej powiedzieć.
Pochodzenie
Czwarta córka (z siódemki potomstwa) drobnego kupca i jego żony, która całe swe życie spędza na rodzeniu i odchowywaniu dzieci. Trójka jej starszego rodzeństwa to bracia - to tłumaczy, dlaczego Alana nosi zazwyczaj chłopięce ubrania. I dlaczego nie bawi się lalkami, tylko spędza czas na podwórku w (najczęściej) błocie. Gdyby zajmowały się nią siostry, wtedy na pewno wyrosłaby na małą kokietkę.
Charakter
Hm, próbował ktoś kiedyś określić charakter wciąż dziecka, ale już kobiety? Trudne to zadanie, dlatego my się go nie podejmiemy.
Trzeba jednak wspomnieć o tym, że czasami Alana ma napady spokoju. Jakkolwiek to nie brzmi, tak właśnie wygląda - potrafi na dzień, godzinę, chwilę zamienić się niemalże w posąg, maszynę do obserwowania. I zapamiętywania. Bo kiedy się skupi, potrafi zapamiętać nawet drobne szczegóły bogatego ornamentu.
Zmiany te biorą się z jej choroby - mała cierpi na łagodną odmianę schizofrenii. Oczywiście nikt tego nigdy nie zbadał ani nie potwierdził; to, że żyje wciąż w normalnym społeczeństwie, zawdzięcza formie ataków. Wtedy wysłuchuje po prostu tego, co kolejne pojawiające się w jej umyśle postaci mają do powiedzenia. Nigdy nie reagowała szałem ani apatią i prawdopodobnie nie zareaguje. A mamrotanie pod nosem czy wypowiadane nagle dziwne oświadczenia zrzucano jak dotąd na karb zmian zachodzących w jej ciele.
Ekwipunek
W zasadzie brak. Co jej dadzą, to weźmie. Trudno zaliczyć szmacianego misia, kawałek klucza i trzy kasztany do ekwipunku.
Umiejętności
Ze względu na swoje uwarunkowania fizyczne, mała jest całkiem niezłym biegaczem; gibka, zwinna i szybka. Nie próbowała jeszcze złodziejstwa, ale niewykluczone, że radziłaby sobie znośnie. Póki co jednak zajmuje się skakaniem po drzewach czy murach w te i wewte - ma dobrze rozwinięty zmysł równowagi i potrafi wykonywać ćwiczenia akrobatyczne. Oczywiście oprócz tych najbardziej skomplikowanych czy wymagających dodatkowych rekwizytów. Jest także dosyć inteligentna i bystra, choć brakuje jej podstawowej wiedzy o otaczającym ją świecie. Po prostu nikt nigdy jej niczego nie uczył. Jak już wspominaliśmy, ma naprawdę dobrą pamięć, więc to pewnie wielka strata.
No i najważniejsze: skąd się tu i teraz wzięła?
Ona sama twierdzi, że Raphael zabrał ją od rodziców w zamian za nietykanie reszty rodziny. Jak się to ma do prawdy - nie wyjawi, bo dla niej jest to prawda. Usłyszała, że ma z nim iść, aby ocalić resztę, więc to zrobiła.
Czemu d'Averosa ją toleruje? Pewnie po prostu się nudzi sam ze sobą. Faktem jest, że pozwolił jej przyłączyć się do niego i przygarnął. Jak tak dalej pójdzie, to pewnie ją zaadoptuje.